Światło słoneczne a Dinacharya

Światło słoneczne a Dinacharya

Mieszkając jakiś czas w Skandynawii bardzo boleśnie odczuwałem dwie skrajności, jakie Matka Natura fundowała mi dwa razy w roku. Z jednej strony cudowne lato ze swoimi dniami i niezachodzącym przez cały dzień słońcem. Z drugiej, polarne, zimowe dni, z tak krótkim okresem dostępu do światła słonecznego, że w najlepszym wypadku byłem w stanie pracować w ciągu dnia tylko dzięki istnieniu sztucznego oświetlenia. Latem, bez problemu mogłem czytać książkę o północy, zimą czynność ta wymagała intensywnego doświetlenia nawet w środku dnia. Oczywiście nie wspomnę o letniej irytacji i zimowym snuciu się po akademiku z kubkiem kawy od wczesnych godzin porannych. Współczułem jeszcze bardziej moim znajomym i przyjaciołom z wielu krajów Azji, Afryki czy Ameryki Południowej. Ich sytuacja z przystosowaniem do tak skrajnych warunków była jeszcze gorsza niż moja. A przecież wszyscy musieliśmy jakoś funkcjonować w tych zupełnie innych od naszych, zapisanych w genach warunkach pogodowych i klimatycznych, do jakich byliśmy przystosowani i przyzwyczajeni. Wyjątkiem był tutaj Claude. Emigrant z Indii, który jednocześnie był kucharzem w naszym akademiku. Zawsze uśmiechnięty, pogodny i życzliwy. Zaskakiwał nas swoim sposobem widzenia świata i traktowania wszystkiego, co życie zsyłało, jako błogosławieństwo i dar. Jednak wtedy codzienna Claude’owa joga, jedzenie czy napoje, którymi czasami nas raczył, były dla mnie czymś obcym i egzotycznym. Dziś, z perspektywy czasu wiem jak bardzo Claude wspierał swoje ciało, umysł i duszę tym, czego nauczyły go Indie i w co został z miłością zaopatrzony przez matkę w rodzinnym domu.                        

(więcej…)